każda z nas została jakoś (mniej niż bardziej udolnie:-) uświadomiona. Rodzice potrafili rozmawiać z Wami na "te" tematy? Niektórzy już uświadamiają własne dzieci. Jak się w tym czujecie? Czujecie, że spełniacie swoją "misję";-)
Niby nie powinna to być jakaś szczególna misja (u mnie w domu tak trochę było, Rodzice siedli z namaszczonymi minami do rozmowy z poczuciem misji wymalowanym na twarzach:))) - do dziś się z tego śmiejemy), tylko zwyczajnie - część życia. Jak to wychodzi w praktyce?
Temat pojawia się w innych wątkach, a jest moim zdaniem na tyle ciekawy, żeby poświęcić mu osobny wątek. Zapraszam:-)
Amazonko, te wątki nie dotyczą tego samego tematu. U mnie zupełnie naturalnie i bez problemów ani zażenowania rodzice odpowiadali na trudne pytania i tłumaczyli. Zamierzam postąpić podobnie.
U mnie było to naturalne. Mama zawsze odpowiadała mi rzeczowo na pytania, nie ściemniała mnie. Od zawsze wiedziałam, że wielki brzuch mamy na zdjęciu to dlatego, że ja byłam w środku, bo wkrótce miałam się urodzić. Później pojawiły się dodatkowe informacje, ale z słów mamy wynika, że odpowiadała na konkretne moje pytania, nie wnikając od razu zbyt daleko w szczegóły.
Myślę, że najlepszym rozwiązaniem jest właśnie wyważona, dostosowana do wieku dziecka, ale jednak prawda.
Tak miała moja mama. W efekcie jako 15 narobiła sobie obciachu, którego chciała mi oszczędzić. Nie każde dziecko ma w sobie tyle inwencji i pędu do podręczników :D
Ale mam głupie pytanie - mając kilkoro dzieci, co innego powiedzieć starszemu o brzuchu mamy, który pęcznieje do rozmiarów arbuza, a potem pojawia się dziecko? Przecież to normalne, że powie się, że tam rośnie braciszek lub siostrzyczka. Nie musimy wdawać się od razu w szczegóły o penetracji i inne.
A, takie uświadamianie to ze strony moich rodziców jakośtam miało miejsce. Padły i słowa plemnik i komórka jajowa. Natomiast byłam całkowicie nieuświadomiona w kwestii seksu jako takiego. I miesiączki. I całej reszty. Nie mam tego wcale za złe moim rodzicom, też nie chciałabym z nimi o tym rozmawiać, nawet teraz.
Ja z mamą sporo o sobie wiemy, znam jej przeszłość, również takie sprawy, o których nie opowiada się przy herbatce, ona wie o mnie prawie wszystko. Co innego tata, z nim nie potrafiłabym rozmawiać o sprawach intymnych. I nawet nie chcę potrafić.
Pewnie bardziej podchodzi pod moją babcię niż mamę.
Sama na pewno będę chciała być przyjaciółką na tyle, na ile się da. I właśnie chcę, żeby dziecko wiedziało, że może mi wszystko powiedzieć, że może nie zrozumiem, ale spróbuję chociaż. Dlatego sama muszę być szczera wobec dziecka, bo wiem, że taka postawa nastawia do wzajemności.
Słyszałam, jakim szokiem było dla jednej dziewczyny krwawienie. Obijała się może na biologii, ale w naszych czasach dokładniej o tym było w 7 klasie, a ona miała @ w 5 pod koniec. Nie wiedziała niczego i naprawdę przeżyła traumę. I - jak to dziecko, dopiero po kilku dniach się mamie przyznała, ratując sprawę chusteczkami! Myślała, że coś źle zrobiła, albo zachorowała. Nie chciałabym mojej małej takiego doświadczenia załatwić...
Za moich czasów dojrzewanie było omawiane w czwartej klasie, pamiętam podręcznik do biologii pani Klimuszko. I na tych lekcjach dowiedziałam się tego, co pewnie powinna mi moja mama powiedzieć.
No właśnie u nas było jakoś tak, że mówiono o ciąży i o jajnikach itd. Ja wiedziałam już to wszystko, więc w zasadzie rozumiałam wszystko. Moja przyjaciółka z ławki zrozumiała to tak, że dziecko wychodzi tym samym miejscem, którym robi się siku. Wcześniej wierzyła w kapustę, a potem, kiedy już wiedziała, że dziecko rośnie w brzuchu, twierdziła, że rodzi się pępkiem, bo po cóż innego by ten pępek był... No i ona jakoś też nie skumała miesiączkowania wtedy, dobrze że miała mnie :D:D
Nie wszystkie dzieci, niestety, wyciągają z lekcji to, co istotne, często nie potrafią zrozumieć, o czym tak naprawdę się mówi. Szczególnie, jeśli trafi się na nauczyciela, który nie chce lub nie potrafi o tym normalnie rozmawiać z dziećmi.
AniaBB: Obijała się może na biologii, ale w naszych czasach dokładniej o tym było w 7 klasie, a ona miała @ w 5 pod koniec.
w tym to mnie akurat mama uświadomiła. 1wszą @ dostałam w wieku lat 11 (3 klasa)
NovemberRain: Za moich czasów dojrzewanie było omawiane w czwartej klasie
u nas również. pamiętam tylko ogólny śmiech na lekcjach, kiedy mówiło się o "tych" sprawach... podobnie było w gimnazjum i liceum... (w gimnazjum mieliśmy b. surową nauczycielkę, która śmiejące się osoby brała na wyrywki do odpowiedzi, a w LO pani spojrzała na klasę krzywo i stwierdziła, że myślała, że ma do czynienia z dorosłymi osobami)