Zarejestruj się

Aby dyskutować we wszystkich kategoriach, wymagana jest rejestracja.

 

Vanilla 1.1.4 jest produktem Lussumo. Więcej informacji: Dokumentacja, Forum.

    •  
      CommentAuthorAgatella
    • CommentTimeMay 28th 2016
     permalink
    Tylko ja bez nabialu... bo kp, a alergie ma dziecko:neutral:
    •  
      CommentAuthor_Fragile_
    • CommentTimeMay 28th 2016
     permalink
    To bez mozzarelki - też pyszne :)
    --
    •  
      CommentAuthorAgatella
    • CommentTimeMay 28th 2016
     permalink
    Sprobuje:)
    •  
      CommentAuthor_figa
    • CommentTimeMay 30th 2016
     permalink
    Chyba już mało kto daje się nabrać na reklamę Nutelli? Nutella - bezwartościowa miazga cukrowo - tłuszczowa?
    -- "Jeśli nóż otwiera ci się sam w kieszeni, to może lepiej go nie noś."
    •  
      CommentAuthorLexia
    • CommentTimeMay 30th 2016
     permalink
    Tak jeszcze co do koktajli, to ja polecam jedyną formę, przez którą mogę rąbać szpinak (bo takiego przyrządzonego z jajkiem nie cierpię, smakuje mi wtedy jak trawa :devil:)
    - 3 garści świeżego szpinaku
    - jeden banan (taki większy)
    - sok z połówki cytryny
    - ok. 100 ml soku pomarańczowego albo wody- ja leję na oko, można dać mniej
    Jak woli się słodszy to można pominąć sok z cytryny.
    Wychodzi mi tego na szklankę 0,3l :wink: Ja jeszcze z wierzchu posypuję ziarnami słonecznika. I mogę chłeptać sobie cały czas :smile:
    --
    •  
      CommentAuthorMrsHyde
    • CommentTimeMay 30th 2016
     permalink
    a z ciekawosci zaptam - czym mozna zastapic "zageszczacze" typu banan i avocado? niestety ze wzgledu na alergie nie przejda

    ps. a moze oddzielny temat z samymi wpisami na przepisy na KOKTAJLE byscie zrobily?
    •  
      CommentAuthordoti_p
    • CommentTimeMay 30th 2016
     permalink
    MrsHyde: a z ciekawosci zaptam - czym mozna zastapic "zageszczacze" typu banan i avocado? niestety ze wzgledu na alergie nie przejda
    W jednej z moich ulubionych książek jest jako baza zagęszczająca podany banan, avocado albo mango, więc możesz z mango spróbować.
    •  
      CommentAuthorMrsHyde
    • CommentTimeMay 30th 2016 zmieniony
     permalink
    mango tez mloda uczula :/
    z owocow na chwile obecna zostaly nam jagody/borowki, porzeczki, maliny, arbuz i melony
    truskawki mrozone jadla ale to tz na zasadzie 3-5szt nie wiecej; swiezych jeszcze nie probowalysmy
    •  
      CommentAuthorEwasmerf
    • CommentTimeMay 30th 2016
     permalink
    zagesc sobie mielonym siemieniem lnianym
    -- ;
    •  
      CommentAuthor_hydro_
    • CommentTimeMay 30th 2016 zmieniony
     permalink
    W ostateczności można namoczone płatki jaglane zmiksować.
    •  
      CommentAuthorMrsHyde
    • CommentTimeMay 30th 2016 zmieniony
     permalink
    Ewa to nie dla mnie, ja moge i mango i avocado; to dla mlodej
    wszystko co jaglane odpada, ten smak nam totalnie nie podchodzi; ale z siemieniem sprobuje, albo moze lepiej z namoczonym chia bo z mloda uwielbiamy
    •  
      CommentAuthordoti_p
    • CommentTimeMay 30th 2016
     permalink
    Płatki są bez smaku praktycznie
    •  
      CommentAuthormadziauk
    • CommentTimeMay 30th 2016
     permalink
    Albo nasiona chia, tez fajnie ponoc zageszczaja. Ze slyszenia wiem, sama nie probowalam :shamed:
    --
    •  
      CommentAuthorKaroolka
    • CommentTimeMay 31st 2016
     permalink
    Ja ostatnio robiłam deser z chia, praktycznie budyń wyszedł, więc zagęści na pewno, tylko trzeba trochę potrzymać w płynie.
    •  
      CommentAuthorPENNY
    • CommentTimeJun 2nd 2016 zmieniony
     permalink
    Na logikę- celem gatunku jest przetrwać. Im szybciej dziewczynka dojrzeje, tym szybciej będzie mogła zajść w ciążę ergo- więcej dzieci w ciągu swojej dojrzałości płciowej będzie mogła wydać na świat, patrząc jedynie na aspekty biologiczne. Taka dziewczynka jest dla gatunku zbawienna, gdyby tylko zaszła w ciążę od razu jak tylko dostanie tej miesiączki.

    Lexia to by miało sens w przypadku, gdy oprócz wcześniejszej miesiączki dziewczynka również wcześniej "dojrzała na ciele". A 1o latka jest po prostu za drobna i za słaba by urodzić 3 kg dziecko... Nie wydaje mi się by natura to tak urządziła, bo to by nie zadziałało. Nawet nie chcę myśleć ile takich porodów skończyło by się śmiercią zarówno dziecka jak i matki. Także ja myślę, że nie tędy droga jednak.

    Według niego błędem naszym jest to, że nie zachodzimy w ciążę w wieku tych 14-15 lat- ciąża sama w sobie jest kopem dla naszego organizmu, regulatorem hormonów, dopełnieniem tak na prawdę dojrzewania. Problemy z płodnością, problemy z cerą np. i tarczycą według części naukowców wynikają właśnie z o wiele późniejszego niż naturalne (zgodne z wystąpieniem miesiączki) zajścia w ciążę i braku burzy hormonalnej z tym związanej.

    Mnie to w sumie przekonuje i myślę, że tak właśnie kiedyś było, zresztą czasu było jakby mniej :P

    Co do pestycydów to one też trafiają do krowy/świni/kury, bo są przecież karmione tym samym co i my :)

    Melduję, że po naszej burzliwej ostatniej dyskusji dostałam fajnego kopa. Jem masę warzyw i owoców, ale staram się mieć jeden posiłek dziennie ciepły :) chcę jeść obiad z dziećmi, jeść mniej więcej to samo co one, bo chcę z nimi być :) Z rana jem awokado najczęściej z jakąś sałatką i ewentualnie ugotowanym jajkiem w koszulce, plus oliwa z czymś tam. Potem garść orzechów albo banany, skubię też daktyle czy żurawinę. Mniej więcej co 1,5 do 2 godzin robię się głodna :P Obiad jemy koło 16.oo: zupa, albo drugie danie. Koło 17.oo jakiś owoc, a o 19.oo kolacja. Albo sałatki albo robię sobie kanapki z sałaty lodowej lub zwykłej, a w środek wrzucam chrupiące warzywa z jakimiś dresingiem. Najchętniej z olejem sezamowym :D Pieczywo jem sporadycznie, nabiał tylko w kawie. I powiem Wam, że głodna nie chodzę, nie kręci mi się w głowie, czuję się normalnie. Zauważyłam, że wieczorem nie mam wzdętego brzucha, jest praktycznie tak samo płaski jak rano. Generalnie lekko mi :) Chciałabym jeszcze więcej tych różnych szejków i musów owocowo warzywnych porobić. To dopiero początek, zobaczymy jak będzie dalej. Gdzieś na jakimś blogu czytałam wpis faceta kulturysty, który jest tylko na surowym, także mnie zamurowało..
    -- Zapraszam na mój blog Powrot do jaskini
    •  
      CommentAuthor_Fragile_
    • CommentTimeJun 2nd 2016
     permalink
    PENNY: Z rana jem awokado najczęściej z jakąś sałatką i ewentualnie ugotowanym jajkiem w koszulce


    Penny, jak lubisz awokado i jajo to trzaśnij sobie takie coś (tylko to smażone) - awokado na rozgrzaną patelnie (już be tłuszczu), tak pokrojone, żeby była ta dziura w środku - na to wylać jajo i zrobic jak jajko sadzone. I coś takiego zjeść ze szparagami, połączenie miodzio, najlepsza rzecz jaką w życiu jadłam i niestety mogę tak codziennie ;)))
    --
    •  
      CommentAuthorAgatella
    • CommentTimeJun 3rd 2016
     permalink
    PENNY: . Jem masę warzyw

    Jakich? Wymienisz? Bo ja pomyslu nie mam.
    Diete masz super moim zdaniem, wiec nie dziwota, ze sie dobrze czujesz;)
    • CommentAuthorskapula
    • CommentTimeJun 3rd 2016
     permalink
    Penny, ja ku przestrodze napiszę,(choć być może wiesz) bo chyba nie jesz mięsa? Pamiętaj o suplementacji wit.B12, u mnie problem z niedoborem pojawił się jak dodatkowo odstawiłam nabiał i jajka. Skończyło się zastrzykami.
    -- [/url][/url]
    •  
      CommentAuthorAgatella
    • CommentTimeJun 3rd 2016
     permalink
    B12 występuje w rybach, więc jak ktoś mięcha nie ma ochoty jeść (np. ja ;), może sięgnąć po ryby. No i oczywiście jajka, zwłaszcza żółtka.
    -
    Skapula, a po jakim czasie pojawił się niedobór b12 u ciebie? I skąd się o tym dowiedziałaś?
    • CommentAuthorskapula
    • CommentTimeJun 4th 2016
     permalink
    Agatella, ja unikam mięsa od kilkunastu lat, ale nigdy nie byłam w tym temacie ortodoksem i zdarzało mi się w ciągu roku robić wyjątki, zwłaszcza z rybami, głównie w pierwszej ciąży w obawie o wyniki...W tej ciąży nie byłam w stanie zmusić się do mięsa, ale dodatkowo tez od ponad roku nie jem nabiału (który wcześniej jadłam w sporej ilości) i od jajek też mnie odrzuciło. I teraz pierwszy raz w życiu wyszła mi anemia, której nigdy wcześniej nie miałam, mimo specyficznej diety. Zrobiłam sobie rozszerzone badania krwi: żelazo, ferrytyna, B12 i tak się dowiedziałam, że wszystko w normie oprócz właśnie B12 (duży niedobór). Z objawów to mega zmęczenie, zero kondycji i ostatnio bardzo dokuczała mi też rwa kulszowa, wszystko zwalałam na ciążę...ale jak sie okazało niekoniecznie to z winy ciąży. Kończę właśnie serię zastrzyków z B12 (najszybciej tak uzupełnić niedobór) a potem muszę ją suplementować doustnie. Niby o tym wiedziałam, że weganie/wegetarianie muszą uzupełniać b12, ale czując się świetnie "olałam" temat i sama sobie jestem winna.
    -- [/url][/url]
    •  
      CommentAuthor_figa
    • CommentTimeJun 4th 2016
     permalink
    Agatella, jedz szparagi póki są. :) U nas rządzą chwilowo, niedługo będzie kukurydza i bób, groszek zielony, jest już młoda kapusta, kalarepa, rzodkiewki, ziemniaki, sałata, koper i zioła różne.
    -- "Jeśli nóż otwiera ci się sam w kieszeni, to może lepiej go nie noś."
    •  
      CommentAuthorPENNY
    • CommentTimeJun 5th 2016
     permalink
    skapula: Penny, ja ku przestrodze napiszę,(choć być może wiesz) bo chyba nie jesz mięsa? Pamiętaj o suplementacji wit.B12, u mnie problem z niedoborem pojawił się jak dodatkowo odstawiłam nabiał i jajka.

    Wiem o tym i też co nieco i tym czytałam. Mięsa nie jem, chyba, że okazjonalnie rybę złowioną przez Marcina czy teścia. Jajka jem i wiem, że tam B12 też jest, choć ponoć niewiele. Niedobory u wegetarian/wegan/witarian nie wynikają jednak z tego, że w roślinach nigdy B12 nie było, a z tego, że kraje wysoko rozwinięte są po prostu zbyt sterylne. Kiedyś nie myto i nie opryskiwano tak pól, warzyw, owoców. Ludzie jedli trochę więcej ziemi niż teraz :P

    Oto co znalazłam:

    DLACZEGO WEGANIE NARAŻENI SĄ NA NIEDOBÓR WITAMINY B12

    Rośliny (zwierzęta same w sobie również) nie produkują witaminy B12. Za produkcję tej witaminy odpowiedzialne są mikroorganizmy. Zwierzęta zjadając wyprodukowaną witaminę B12 stają się jej źródłem. Kiedyś osoby jedzące tylko warzywa i owoce dostarczały sobie niewielkie dawki wit. B12 wraz z resztkami ziemi pozostałymi na warzywach, na których mikroorganizmy ją wyprodukowały. Dzisiaj w większości przypadków ziemia jest zbyt wyjałowiona (pozbawiona mikroorganizmów), a warzywa z supermarketów produkowane na masową skalę nie zawierają witaminy B12.
    Najbardziej narażeni na brak witaminy B12 są weganie oraz wegetarianie, dlatego też zdaniem Harvard Medical School grupa ta powinna przyjmować wit. B12 w formie suplementów czy też pokarmów roślinnych wzbogaconych witaminą B12.

    WYSTĘPOWANIE WITAMINY B12

    Głównym źródłem wit. B12 są: owoce morza, mięso, ryby, produkty mleczne, jajka oraz inne produkty zwierzęce. W śladowych ilościach (zbyt małych aby pokryć nasze zapotrzebowanie) wit. B12 występuje też w grzybach i liściach niektórych warzyw (natka pietruszki i rzepy uprawianych na wysokozmineralizowanej glebie) oraz tradycyjnych fermentowanych produktach jak np. tempeh, miso, sos sojowy. Ciekawostką jest fakt, że niektóre z tych produktów (np. tempeh) produkowane w krajach trzeciego świata mają znacznie większe ilości wit. B12 niż w te same produkty wyprodukowane w krajach rozwiniętych. Wynika to z tego, że warunki produkcji w krajach biedniejszych nie są tak sterylne jak w krajach rozwiniętych, a mikroorganizmy mogą bez przeszkód się rozwijać (dla przykładu tempeh produkowany w Indonezji w 100 gramach zawiera nawet do 15μg witaminy B12 podczas, gdy tempeh produkowany na masową skalę w sterylnych warunkach nie zawierał już wogóle witaminy B12).
    Weganie nie mają jednak powodu do zmartwień. Obecnie na rynku dostępne są naturalne suplementy wyprodukowane z udziałem specjalnych kultur bakterii, które nie pochodzą od zwierząt. Dla osób jedzących produkty odzwierzęce bogatym źródłem w witaminę B12 są szczególnie owoce morza, ryby oraz mięso.


    Pokrywa się to z tym co ostatnio mówiła mi moja koleżanka. Na jodze rozmawiała z joginem, który opowiadał jej właśnie o tym, że w Indiach nie ma problemu z B12 chociażby dlatego, że większa część społeczeństwa je palcami. A co za tym idzie, zaczynają się tworzyć warunki do wyprodukowania B12 we własnym ludzkim ciele. Nie takie palce złe i brudne jak nam się wydawało...
    Agatella: Jakich? Wymienisz? Bo ja pomyslu nie mam.

    Ostatnio zajadam się burakami, marchewką, sałatą zwykłą, lodową,ogórkami, rzodkiewką, rukolą, szczypiorkiem, różnymi kiełkami, pomidorami, cebulą. Do tego wszelkie zioła, które po prostu obrywam i zjadam. Co mi tam w ręce wpadnie. A już ukochałam sobie totalnie kanapki z sałaty lodowej i pokrojonych w słupki warzyw. No po prostu pychota i takie chrupiące i soczyste, że szok. Lubię robić z olejem sezamowym z miodem, cytryną, czosnkiem i odrobiną soli. Imbir też by pasował. Warzywa kroję w słupki, kładę na rozłożonym liściu, polewam czymkolwiek, zwijam i zjadam :) A przecież tam wszystko można włożyć: wędlinę, twarożek, jajka też :) i zrobić na przykład sos jogurtowo-czosnkowy czy winegret :)
    -- Zapraszam na mój blog Powrot do jaskini
    •  
      CommentAuthor_Fragile_
    • CommentTimeJun 5th 2016
     permalink
    Pułapki żywieniowe/lekowe:
    "WItamina C"
    --
    •  
      CommentAuthorPENNY
    • CommentTimeJun 10th 2016 zmieniony
     permalink
    Cicho tu :)

    Rozczytuję się i rozczytuję na temat surowego jedzenia. Im dalej w las idę, tym coraz bardziej to do mnie przemawia i jestem szczęśliwa, że staram sie dążyć do jak nawiększej ilości surowego żarcia :) Nie wiem czy dojdę do tych 100 % surowizny, nie muszę, jak będzie to około 80 % to będę szczęśliwa. To żadne wyścigi ani gra o kalesony.

    Oglądam różne filmy. Właśnie przed chwilą obejrzałam na yt video o kulturyście Wade Lightheart. Bardzo jasno tłumaczy, to co mnie ostatnio nurtowało: czy będę pochłaniać takie ilości jedzenia jak teraz ? :) ....

    Otóż przeszedł na surowy weganizm 10 lat temu. Chociaż na początku nie wyobrażał sobie ćwiczeń i wyrabiania masy mięśniowej bez kurczaków, ryb czy wołowiny, że o ryżu nie wspomnę, to pojął taką decyzję. Skonkludował to tak: nie ważne ile w siebie wrzucasz białka, ważne ile organizm jest w stanie przyswoić. Daje do myślenia. Opowiadał, że na początku przez około 2 miesiące spożywał ogromne ilości roślinnego surowego jedzenia i że ciągle nie mógł się najeść. Zupełnie jakby nie mógł tego przyswoić. A okazało się, że przez ten czas jego ciało przechodziło coś w rodzaju metamorfozy i stopniowego nasycania się tymi wszystkimi składnikami odżywczymi jakie mają w sobie rośliny. Dopiero jak się organizm nasycił, to przestał "głodować" i zaczął jeść o wiele mniejsze ilości. Teraz jego znajomi się dziwią, jak on jest w stanie budować i utrzymać te muskulaturę, bo według nich mało je. Tu zawsze wracamy to pytania, jak to się dzieje, że słoń, żyrafa czy krowa, jedząc tylko i wyłącznie zielone rośnie taaaakie duże :) Bez mięsa, bez mleka, bez wspomagaczy. Skoro mogą i one to możemy i my, bo do tego świata przecież przynależymy. I wiem wiem, krowa zjada dużo, ale musi, bo głównie je trawę. Człowiek może zjadać mniej, bo ma bardziej urozmaicone w porównaniu do krowy czy żyrafy jedzenie i czerpie składniki z nieporównywalnie większej ilości roślin. Owoce, warzywa, nasiona, orzechy, zioła itd. Chodzi mi o to, że bez mięsa można masę budować.

    A teraz kilka moich spostrzeżeń. Gdy jem jakieś owoce, sałaty, warzywa, orzechy, to po samym spożyciu, czuję w brzuchu.... no właśnie nic nie czuję :) no nic żadnego bulgotania, przesuwania, trawienia ogólnie. Być może nie natrafiłam jeszcze na coś co mnie rozdyma wewnętrznie:P Natomiast odczuwam po prostu lekkość, nie chce mi się spać ani polegiwać. Nie muszę po jedzeniu odpoczywać! Zawsze po sążnym gotowanym obiedzie, zawsze ale to zawsze miałam ochotę choć na chwilę się położyć. Po śniadaniach zresztą też, choć nie tak bardzo. Ach ta słynna kawa po posiłku :) no a po tych sałatkach, surowych kanapkach, nic po prostu nic. Kurde naprawdę zaczynam czuć różnicę. Coś co nie tak dawno wydawało mi się normalne, dziś już nie jest..Brzmi szarlatańsko :P, ale tak serio to chyba zaczynam jarzyć o co w ogóle mi chodziło :) Po dzisiejszym żurku wydawało mi się, że mam żołądek wykręcony na prawą albo lewą stronę. Nie po każdym przetworzonym jedzeniu czuję taką różnicę, żeby nie było :) miałam być szczera i jestem: po niedzielnych lodach z okazji dnia dziecka nic mnie nie bolało :devil::devil::devil: Ale po zupie dziś fajnie nie było :neutral:

    Kupiłam też witaminę B12 i trochę posuplementuję, bo mi Marcin głowę wysuszył. Generalnie poszukuję przepisów witariańskich i inspiracji. Sama coś oczywiście kombinuję, ale coś już tam poczytałam i można cudeńka w kuchni wyczyniać, bez gotowania :)

    Naprawdę nie trzeba się od razu przerzucać na 100 % raw food. Ciężko postawić sobie taki cel i nagle z dnia na dzień rzucać dotychczasowe sposoby jedzenia. Zostawić mięso, nabiał, pieczywo itd. Jeśli ktoś chce to niech to robi stopniowe, żeby organizm szoku nie doznał. Niech to będzie chociaż 50-60 % i już będzie super i na pewno o wiele zdrowiej dla naszego ciała i ducha :)

    Treść doklejona: 10.06.16 20:55
    Fragile a ja szczerze mówiąc nigdzie jeszcze nie natknęłam się na coś co nazywane było witaminą C prawoskrętną. W takim sensie, żeby mnie ktoś chciał nabierać. Poczytałam o wit C kiedyś ogólnie, o badaniach nad rakiem, o budowie ludzkich komórek i co ta witamina z nimi wyczynia i jestem do niej przekonana. Ktoś kto spożywa mało produktów w nią bogatych, powinien się cieszyć tym, że może ją kupić. Ja mam w domu najzwyklejszą, czystą w proszku, która kosztuje grosze. Żadne to cudo, znane już na początku 20 wieku, teraz wraca do łask. Jak wiele innych rzeczy. W ogóle mam wrażenie, że powoli budzą się Ci którzy zauważyli, że coraz więcej ludzi zaczyna być świadoma swojego ciała. Tego że jest jedno i tego, że można w prosty sposób o nie dbać, nie wydając nie wiadomo ile kasy.

    Mam wrażenie, że ten artykuł umniejsza jej właściwościom, a szkoda. I wiem, też że znajdą się i naciągacze, którzy wymyślają te prawoskrętne witaminy i oszukują. Wiadomo ;/

    Ten artykuł to trochę pisany na kolanie, żadnych konkretnych badań, nazwisk, wyników, w sensie taki ogólny za bardzo jak dla mnie. Jak ktoś ma czas i chęć to gorąco polecam TEN wpis na stronie Akademii Witalności. I tu własnie jest napisane też o leczeniu witaminą C raka. Jest w nim wiele ciekawych informacji i można sobie też pokrewne artykuły poczytać.
    -- Zapraszam na mój blog Powrot do jaskini
    •  
      CommentAuthor_figa
    • CommentTimeJun 10th 2016
     permalink
    A Ty Penny suplementujesz wit. C też? Chyba nie ma potrzeby przy tak dużym spożyciu surowych warzyw i owoców?
    -- "Jeśli nóż otwiera ci się sam w kieszeni, to może lepiej go nie noś."
    •  
      CommentAuthorFrances
    • CommentTimeJun 10th 2016
     permalink
    Kurcze, a mnie wrecz odwrotnie. Po surowych warzywach mam wzdecia do kosmosu. Po kapuscie to wygladam jakbym w ciazy byla:shocked: a po zupkach fajnie mi...czasem sie zastanawiam czy nie przeswietlic bebechy, bo nawet po tym slynnym.humisie mnie wzdyma. Ha! Czyli jakas tam porcje warzyw przujmuje:devil:
    --
    •  
      CommentAuthorPENNY
    • CommentTimeJun 10th 2016 zmieniony
     permalink
    Figa nie suplementuję wit C. Myślę, że to co teraz zjadam wystarcza :) W sumie przewagę surowego jedzenia mam gdzieś dopiero od 2 tygodni. Może jak coś złapię, to wtedy może sobie zapodam. Słoik leży i czeka.
    Frances: Kurcze, a mnie wrecz odwrotnie.

    No i może być i tak. Może bardziej pasowałyby Ci inne warzywa, z innej grupy lub owoce po prostu. Nie wierzę, że po każdym warzywie, owocu tak by było :) Są ludzie którzy jedzą same warzywa albo same owoce, bo tak im lepiej jest, i tu i tu surowo. Albo może być i tak jak ten facet opowiadał, że organizm musi się przestawić. Ja generalnie i wcześniej jadłam dużo surowego(w stosunku do Marcina, bo tak obiektywnie to nie wiem), bo lubiłam. Teraz po prostu zwiększyłam tę ilość tylko. I cieszę się, że mi dobrze po nich. Bankowo też natrafię na taką roślinę, która moim bebechom nie podpasuje, w cuda nie wierzę :P
    -- Zapraszam na mój blog Powrot do jaskini
    •  
      CommentAuthorFrances
    • CommentTimeJun 10th 2016
     permalink
    Myślę sobie, ze bardziej się chyba bebechy musza przyzwyczaić jednak. Moja przyjaciółka (taka z reala;) jest już dość długo na diecie wegańskiej (ale nie tylko surowej, choć w dużej mierze) i tez mówiła, ze na początku ją wszystko wzdymało. Ja to tak bardziej z ciekawości rozkminiam temat:wink: ja się na takie cos nie nadaje. Ze względu na moje problemy z łaknieniem w ogóle. Bardzo mało rzeczy lubię. Ale chyba ogolnie gotowane warzywa latwiej mój bebzon przyjmuje. Przed chwila zjadłam gotowane szparagi i luz...kilka dni temu zagryzłam jednego surowego i z toalety wyjść nie moglam:wink:
    --
    •  
      CommentAuthor_figa
    • CommentTimeJun 13th 2016
     permalink
    Zobacz Penny co ja znalazłam.
    Kuchnia jarska i rajska. O heroicznych początkach polskiego wegetarianizmu
    -- "Jeśli nóż otwiera ci się sam w kieszeni, to może lepiej go nie noś."
    •  
      CommentAuthorOlenka79
    • CommentTimeJun 18th 2016
     permalink
    Dość długo zbierałam się do napisania tego posta. W końcu kiedy wczoraj wysmarowałam cały elaborat, wcięło mi cały wpis… Z góry przepraszam, jeśli wypowiedź będzie chaotyczna. Ale do rzeczy. Zdrowie na talerzu dla każdego może wyglądać inaczej. I jeśli ktoś już zaczyna szukać, to musi znaleźć coś, co go przekona. Mnie przekonała Kuchnia Pięciu Przemian. Poleciła nam ją lekarka, do której przypadkiem trafił mój mąż (po recepty, od wielu lat bierze leki na nadciśnienie i cholesterol). Zapytała go wtedy, czy chce brać te wszystkie tabletki. Bo wcale nie musi. Wiecie, jak to jest - powiedzieć komuś, kto od chyba 10 lat bierze codziennie 3 różne tabletki i to w coraz większych dawkach, że może ich nie potrzebować… Mąż opowiedział mi to w formie anegdoty, bo dla niego rozmowa o jin i jang to trochę jak pogawędka o kosmitach, ale ja postanowiłam zgłębić temat KPP (Kuchnia Pięciu Przemian). Poczytałam o tym, a potem powoli zaczęłam wprowadzać zmiany do naszego jadłospisu… Nie będę tu przytaczać zasad, jakie przyświecają KPP. Jeśli ktoś jest zainteresowany, może podpytać wujka Google. Niektóre na początku budziły we mnie bunt, wiele było zaskoczeniem. To co mnie jednak przekonało, to to, że ta metoda ma ponad 3000 lat. Mam ograniczone zaufanie nie tylko do wszelkich nowinek dietetycznych, ale również do badań naukowców (badania są często sponsorowane przez koncerny, vide casus Johna Yudkina i Ancela Keysa http://www.tvn24.pl/magazyn-tvn24/gorzka-prawda-o-slodkich-krysztalkach,44,1003). Kiedyś Chińczycy płacili swojemu lekarzowi, dopóki byli zdrowi. Jeśli zachorowali, przestawali płacić i w interesie lekarza było jak najszybciej przywrócić ich do zdrowia. Kolejna rzecz, która do mnie przemówiła, to uzależnienie pożywienia od klimatu i poru roku. Staram się teraz kierować zasadą, aby jeść to, co wyrosło „obok” mnie. Przestałam jeść cytrusy zimą, bo wychładzają organizm i co z tego, że mają dużo witaminy C, skoro o tej porze roku mogą przynieść więcej szkody niż pożytku. No i trzecia sprawa. Przyprawy. Smaki. Wg KPP istnieje 5 smaków i dobre potrawy powinny być zrównoważone. Jeśli w naszym pożywieniu dominuje jeden z nich, dochodzi do zaburzenia równowagi i organizm zaczyna wysyłać nam sygnały w postaci choroby. Kiedyś trochę bałam się przypraw. Pokutowało we mnie przeświadczenie (nie wiem, skąd się wzięło), że przyprawy mogą zaszkodzić, zepsuć naturalny smak produktów. Teraz imbir, kardamon, cynamon, pieprze, kolendra, kozieradka, kurkuma… na dobre rozgościły się w mojej kuchni. Używam ich również gotując dla dzieci. Przyprawy rozgrzewają i pomagają trawić.
    To tyle w dużym skrócie. I jeszcze o efektach, jakie zaobserwowałam u nas. Kiedyś notorycznie wyskakiwała mi opryszczka. Wystarczyło lekkie osłabienie, a już na wardze albo na śluzówce nosa pojawiały się pęcherze. Od października się nie pojawiły. Spadł mi poziom cholesterolu. Dwa lata temu było to prawie 250, teraz 174. Mojemu mężowi spadł poziom złego cholesterolu z 200 do 120. Wprawdzie jego lekarka (nie ta od KPP), twierdzi, że to do lekarstw, ale wcześniej brał leki i jakoś nie spadał ;) Teraz znów wybrał się do pani od KPP, stopniowo odstawia leki i we wrześniu ma powtórzyć badania. No i jeszcze jedno – schudłam. Przed ciążą ważyłam 64,5 (przy wzroście 173), teraz ważę 56,5. Nie wiem, ile w tym zasługi KPP, a ile karmienia piersią – czas pokaże. Robiłam badania krwi. Wszystko w porządku.
    I jeszcze jedno. Wiem, że są tu osoby, które borykają się z AZS. KPP pozwala się pozbyć AZS. Wymaga to cierpliwości i dyscypliny żywieniowej, ale da się zrobić (polecam lekturę „Kuchnia Pięciu Przemian dla dzieci zdrowych i alergicznych” lub forum Anny Ciesielskiej).
    --
    •  
      CommentAuthorAgatella
    • CommentTimeJun 18th 2016
     permalink
    Olenka dzięki za ciekawą inspirację. Przejrzałam pobieżnie zasady tej diety i już wiem, że przyjrzę się bliżej, bo wygląda na to, że kładzie nacisk na produkty, które bardzo lubię :)
    •  
      CommentAuthorelfika
    • CommentTimeJun 30th 2016
     permalink
    czysty przypadek?

    tam jest wzmianka m.in o wpływie chemii [która jest w żywności m.in.] na płodność. kiedy ja o tym wspomniałam na którymś wątku to mi zarzucono, że wymyślam...
    -- [/url]
    • CommentAuthorskapula
    • CommentTimeJun 30th 2016
     permalink
    a ja polecam przeczytać to:
    http://wolna-polska.pl/wiadomosci/monsanto-historia-zniewolenia-ludzkosci-2014-12
    -- [/url][/url]
    •  
      CommentAuthorelfika
    • CommentTimeJun 30th 2016
     permalink
    Skapula, to też właśnie dotyczy monsanto...
    -- [/url]
    •  
      CommentAuthorAgatella
    • CommentTimeJun 30th 2016
     permalink
    Nie mam dostepu do art. Mozesz elfika napisac w skrocie o co chodzi?
    •  
      CommentAuthorCaris
    • CommentTimeJun 30th 2016
     permalink
    Kto ma władzę, ten decyduje, na co będziemy chorować i umierać

    Andrea Kloster wodzi palcem po planie San Salvador, 16-tysięcznego miasteczka w regionie Entre Rios na północy Argentyny.
    - Widzicie park? Dom na rogu: syn - białaczka, ojciec - guz mózgu, senor za zakrętem - rak języka, 52 lata. Dalej - Deni, po dwudziestce, osierociła dwie córeczki. Tu kolega śpi z aparatem tlenowym. A na rogu rak szczęki.
    Andrea ma wrażenie, że są sezony na części ciała: jelita, żołądek, mózg. Zaznacza na mapie żółte punkciki - to chorzy. Czerwone - zmarli.
    - Wszyscy tak skończymy. Wy też - mówi niebieskooka wnuczka imigrantów z Niemiec i Włoch. - Ludzie nie rozumieją, że to, co ich karmi, sprawia, że umierają.
    Komary
    Wśród żółtych i czerwonych kropek na mapie wyrastają ogromne przemysłowe młyny. San Salvador to dawna ryżowa stolica Argentyny. Ryż zapełniał żołądki, ale dopiero soja utuczyła mieszkańców.
    W ciągu ostatnich 15 lat opanowała 60 proc. ziem uprawnych Argentyny. Zielone złoto. Ludzie w końcu mieli pieniądze, by kupić nowe domy i samochody. I by się zabawić. Dlatego Andrea rzuciła pracę na loterii i zaczęła organizować imprezy. Siedzimy w jej domu na barokowej kanapie. Na stole kandelabry z przezroczystego plastiku i ufarbowane na granatowo margaretki.
    - Do niedawna nie zwracałam uwagi na krążące po mieście komary - tak mówimy na pojazdy pryskające, ani na samoloty, które rozpylają pestycydy niezbędne do upraw GMO - mówi Andrea.
    Do czasu gdy piękna 30-letnia Cecilia umarła w sześć miesięcy po diagnozie guza mózgu. Napisała wtedy na Facebooku: "Mam wrażenie, że w miasteczku dzieje się coś niedobrego".
    Tego samego dnia pod dom Andrei zajechała dziewczyna na rowerze. "Moja mama jest pielęgniarką i chce z tobą porozmawiać. Jedźmy".
    Razem z pielęgniarką wyliczają przypadki: Joan, 1,5 roku, gorączka, wymioty, umarł na oddziale onkologii w Buenos Aires. Jego 56-letni dziadek i 16-letni wujek - rak. I tak kolejne domy, ulice, dzielnice.
    Andrea postanowiła głośno powiedzieć, że trzeba ograniczyć rozpylanie toksycznych chemikaliów. Pocztą pantoflową skrzyknęła prawie tysiąc osób. Pod koniec 2013 roku założyła grupę sąsiedzką "Wszyscy za wszystkich". Powstałe przy niej Obserwatorium Śmiertelności wyliczyło, że między 2010 a 2013 rokiem przyczyną 43 proc. zgonów miasteczku był rak (108 na 249 zmarłych).
    Burmistrz był zniesmaczony.
    - Stwierdził, że jestem szalona, że nie mogę wypowiadać się na temat, o którym nie mam pojęcia.

    Opryskani

    Andrea pisze do mądrzejszych od siebie. Zaprasza na wykład farmakologa Medardo Ávilę Vásqueza z Sieci Lekarzy Ludów Opryskanych. Płaci za jego nocleg. Spodziewa się tysiąca osób. Przychodzi 40.
    - Na każdego Argentyńczyka przypada 6 litrów pestycydów, to największy wskaźnik na planecie. Zanieczyszczone są powietrze, woda, jedzenie i bawełna - pestycydy znaleziono w mleku matek, w podpaskach i tamponach [na początku 2016 Francja i Kanada wycofały z rynku podpaski i tampony wyprodukowane w Argentynie ze względu na zanieczyszczenie glifosatem - przyp. aut.]. Mieszkańcy terenów wiejskich cierpią na raka trzykrotnie częściej niż średnia krajowa - uświadamia zebranych.
    Vásquez opowiada też o przełomowych badaniach biologa molekularnego i embriologa Andrésa Carrasco, które w 2009 roku zaprowadziły go na okładkę krajowej gazety, potem spowodowały falę telefonów z pogróżkami, a w końcu wykluczyły z mainstreamowego środowiska akademickiego.
    Minister zdrowia i technologii Lino Baranao publicznie stwierdził, że jego badania nie są rzetelne, a ministerstwo napisało maila do Narodowej Komisji Etyki w Nauce i Technologii z prośbą, by ocenić Carrasco. Argumentem miał być fakt, że Carrasco najpierw opublikował efekty badań w gazecie, a nie w piśmie naukowym. Gdy mail przeciekł do prasy, Komisja się wycofała. W 2013 roku CONICET, Naukowa Rada ds. Badań Naukowych i Technicznych (najważniejsza instytucja naukowa w kraju, do której należał), odrzuciła jego wniosek o przyznanie najwyższego tytułu naukowego.
    Carrasco dowiódł, że glifosat, chemiczny fundament modelu upraw sojowych, jest szkodliwy dla embrionów zwierząt (badał kurczaki i płazy) - podawany regularnie, w niewielkich ilościach, jest przyczyną deformacji czaszek, mózgu, serca i przewodu pokarmowego. Powoduje choroby, które dziś są powszechne we wszystkich rolniczych prowincjach kraju. W ciągu ostatnich 25 lat przestrzeń uprawna Argentyny wzrosła o połowę, a zużycie pestycydów - o ponad 900 proc. W efekcie 12 milionów Argentyńczyków, czyli 1/3 populacji, jest narażonych na kontakt z chemikaliami.
    W obliczu ostracyzmu Carrasco powiedział: - Są dowody naukowe, a przede wszystkim są setki miasteczek, które są żywym dowodem na szkodliwość pestycydów. Nie zasłonią słońca ręką.
    Po wykładzie Vásqueza Andrea robi kolację. Przysiada się do doktora, podaje piwo.
    - Jak to się wszystko skończy? - pyta.
    Lekarz: - Umrą miliony. A kiedy umrą, wszyscy doznają nagłego oświecenia. Ale oni już nie będą żyli.

    Treść doklejona: 30.06.16 15:23
    Statki

    Argentyna zezwala na uprawę roślin GMO w 1996 r., ale rusza ona z kopyta dopiero po krachu ekonomicznym w 2001 r. Soja rozlewa się po kraju - niewielcy właściciele ziemscy sprzedają lub dzierżawią swoje działki pod uprawy zakrojone na wiele tysięcy hektarów. To monokultura i tzw. uprawa zerowa, gdzie pola pod zasiew przygotowuje się wyłącznie za pomocą herbicydów (pestycydów zaprojektowanych do tępienia roślin).
    - Ci, którzy dają ziemię w dzierżawę, pokupowali wielkie auta. Dzierżawcy mają w nosie, jakie są konsekwencje, z powodu których cierpią ludzie. I tak tu nie mieszkają - mówi Andrea.
    Zielone złoto wypędza krowy z pastwisk, a ludzi ze wsi, ale wyciąga Argentynę z kryzysu.
    Pola soi są opryskiwane kilka razy w roku. Najpopularniejszy z pestycydów to glifosat, składnik flagowego produktu Roundup firmy Monsanto, światowego potentata rolniczego i monopolisty na rynku roślin genetycznie modyfikowanych (w 2015 roku zarobił 15 miliardów dolarów). W tym samym roku eksperci z Międzynarodowej Agencji Badań nad Rakiem (IARC) należącej do WHO stwierdzili, że aktywny składnik herbicydu Roundup, czyli właśnie glifosat, jest "dla ludzi prawdopodobnie kancerogenny". Dalej endosulfan firmy Bayer (ze względu na szkodliwość zakazany w 80 krajach) i 2,4-D - składnik słynnego "Agent Orange", herbicydu rozpylanego nad uprawami ryżowymi w trakcie wojny w Wietnamie, który spowodował upośledzenia i chłoniaka u tysięcy ludzi.
    W Rosario, trzecim największym mieście kraju, w ciągu dekady wyrasta kilkanaście prywatnych portów. Ładują po 30 tysięcy ton pryskanej pestycydami soi GMO na statek. Płyną do Azji (głównie Chin), Afryki i Europy (gdzie karmi się nią hodowlane kury i świnie). Handel soją stanowi 17 proc. całego eksportu Argentyny, która staje się jej trzecim na świecie producentem (po USA i Brazylii).

    Pajęczyna

    Rolnicy w San Salvador mówią, że w ich przydomowych ogródkach nie rosną już pomidory ani drzewa owocowe. Glifosat zabija wszystko, co nie jest genetycznie zmodyfikowane na przetrwanie. W jednych gospodarstwach zaczęły ronić krowy, w innych owce. Wszędzie - kobiety.
    - Ponad 30 lat pracuję jako lekarz. Odbieram dzieci, opiekuję się noworodkami, potem dziećmi, ich rodzicami i dziadkami - mówi doktor Dario Gianfelici, który mieszka w sąsiedniej miejscowości. - Pod koniec lat 90. zauważyłem zmianę: poronienia są nagminne, wzrosły problemy z płodnością i śmiertelność dzieci przy porodzie.
    - Wiatr rozwiewa ten glifosat po całej okolicy - sięga ręką po horyzont rolnik Sergio Eckert z San Salvador, którego policzek rozcina blizna - ślad po wycięciu raka języka.
    Przez kilka tygodni w roku słońce nad San Salvador jest zamglone. Pył osiada na wywieszonym praniu i półkach jak po wybuchu wulkanu. Na "komarach", które ktoś myje w strumieniu. Na bidonach po agrochemikaliach, które czasem służą za krzesło lub pojemnik na wodę.
    - Pestycydy są w tym, co jemy, pijemy i czym oddychamy. Przyzwyczailiśmy się do niebezpieczeństwa jak do jazdy 150 kilometrów na godzinę.
    Sergio Eckert jest jednym z rolników maszerujących u boku Andrei. Pod wpływem ich protestów miasto organizuje "stół środowiskowy": w efekcie "komary" przestają jeździć po centrum i chowają się w garażach. Ale ruch zaczyna się kurczyć: z tysiąca uczestników robi się wkrótce kilkadziesiąt.
    Brakuje siostrzenicy Santiago, który boryka się z guzem tak wielkim, że wychodzi mu z gardła. "Wiesz, dostałam pracę w urzędzie miasta, to dla mnie szansa" - pisze do Andrei na FB.
    I brakuje pielęgniarki, która została szefową przychodni.
    Ruch oporu rozsadzają od środka urzędnicy i właściciele ziemscy - za pracę, stanowisko albo blachę na wykończenie domu.
    - Kupili większość moich towarzyszy walki - Andrea wzrusza ramionami.
    Jest towarzyska, ale teraz rzadziej wychodzi. Nie lubi, jak w kolejce w banku odwracają wzrok. Frustracji Andrei dzielnie wysłuchują mąż i cztery córki - trzy rodzone, jedna adoptowana. Rozwesela ją 4-letni Bauti, którego przygarnęli za zgodą matki narkomanki, gdy miał osiem miesięcy. Myśli najlepiej zajmuje jej organizacja imprez - właśnie pieczołowicie dekoruje tasiemkami staromodne klatki dla kanarków, bo jutrzejsze urodziny mają być w stylu vintage.
    Andrea rozumie najemnych rolników - dostają minimalną pensję, a po zbiorach - procent. Można kupić ziemię, za rok - materiały budowlane, w następnym - postawić dom. Mówią, "mój patrón jest dobry".
    Ale nie rozumie tych, którzy mają więcej - finansów i świadomości.
    - Moje miasto jest pajęczyną. Ojciec lekarki ma 3 tys. hektarów obsianych soją. Mąż sąsiadki, która przewodniczy organizacji charytatywnej, sprzedaje pestycydy. Jej syn jest inżynierem agronomem, rak jądra, jedno usunięte. Nie kojarzą faktów. Przestali mi mówić "dzień dobry".

    Woda

    Większość ludzi w San Salvador i okolicy wciąż nie wierzy w zależność raka od pestycydów.
    - To może być czysty przypadek - zapewnia Silvana Saavedra, dyrektorka stacji epidemiologicznej w prowincji Entre Rios, z wykształcenia weterynarz.
    - Nie wiem, skąd się u nas bierze ten rak - przyznaje burmistrz San Salvador Marcelo Berthet. - Ale wszyscy wiemy, że wiele przypadków jest skutkiem palenia papierosów.
    - Andrea jest szalona - komentuje jeden z pilotów samolotów opylających, który chce pozostać anonimowy. - Glifosat jest jak woda. Jeśli chcecie, mogę wypić szklankę.
    Być może ufają raportom przedstawionym przez Monsanto. Biuro prasowe tej korporacji, podobnie jak firmy Syngenta, nie odpisuje na nasze maile. Ale w ostatnim pisemnym oświadczeniu na temat raka i pestycydów, sprzed trzech lat, rzecznik Monsanto Thomas Helscher napisał: "Z powodu braku rzetelnych danych trudno stwierdzić tendencję do pojawiania się chorób, jeszcze trudniej ustanowić zależność przyczynowo-skutkową. Według naszej wiedzy takowa nie występuje". Dodał też, że Monsanto nie toleruje złego stosowania pestycydów, a także regularnie komunikuje się z klientami w temacie "odpowiedniego stosowania naszych produktów".

    Treść doklejona: 30.06.16 15:23
    Gladiator

    Z opuszek zniknęły linie papilarne, z korpusu - mięśnie. Papki do wsysania przez rurkę przygotowuje mu mama albo córka. Fabián Tomasi nie wychodzi nawet na taras swojego zielonego domku w Basavilbaso, 128 km od San Salvador.
    Za progiem obskakuje nas wesoła suczka.
    - Paskuda jedna! - lamentuje. Po chwili się rozpromienia - Nie no, uratowała mi życie. Ona i królik Rodolfo.
    Kiedyś Fabián ważył 80 kg. Najmował się do różnych prac, aż trafił na pas startowy, gdzie chorągiewkami oznaczał drogę samolotom opryskującym. Nie dostał kombinezonu, rękawiczek ani żadnych instrukcji. No, poza jedną - by nie jeść kanapek pod wiatr, bo wtedy chemikalia szkodzą. Jadł je pod skrzydłami, na równinie innego cienia nie było.
    Najpierw zaczęły mu krwawić opuszki, plamy szybko rozlały się na dłonie i ręce. Lekarze z Argentyny i Holandii orzekli, że został zatruty agrochemią, efekt: polineuropatia, schorzenie układu nerwowego, i cukrzyca. Każe mamie szukać papierów: - Musicie wiedzieć, że mówię prawdę, inaczej korporacje się do was przyczepią. W diagnozach oprócz polineuropatii pojawia się też zapalenie skórno-mięśniowe, atrofia mięśni i zatrucie chemikaliami.
    Fabián jako pierwszy w Argentynie mówił wprost o pestycydach i chorobie. Stał się ikoną walki z agrochemią, jego zdjęcie zilustrowało książkę i dziesiątki artykułów.
    - Też chcecie zrobić? Nie mam z tym problemu.
    Ale my mamy. Jakbyśmy mieli fotografować więźnia z Auschwitz. Zawstydzeni mamroczemy, że nie trzeba.
    W szklanej gablocie, która oddziela kuchnię od saloniku, stoją modele samolotów. Niektóre z Polski. Fabián już od lat nie może sklejać nowych.
    Mówi o sobie, że jest "cieniem sukcesu sojowego". Razem z innymi poszkodowanymi wniósł sprawę do sądu o "szkodę środowiskową, moralną i karną", wnoszą też o niezezwalanie na wprowadzanie nowych GMO do kraju. Oskarżonymi w sprawie są m.in. państwo, Monsanto i Syngenta. Jeśli przyznają mu odszkodowanie, chce je przeznaczyć na remont kolei - kiedyś łączyła całą okolicę. Ale z firmą, która go zatrudniała, nie ma zamiaru się sądzić.
    - To kwestia ideałów - uważa Tomasi. - Jeśli nic nie inkasuję, nikt nie może mi zarzucić, że działam dla pieniędzy. Ważne, by w końcu przestali opryskiwać. Mija dziesięć lat, a "komary" wciąż jeżdżą po mieście. Nie mam siły za nimi biegać. Już dałem z siebie wszystko. Napisali o mnie setki artykułów, m.in. w "El Pais", "Washington Times", byłem też w telewizji CBS - i nic. Świat otrzeźwi dopiero jakaś katastrofa ekologiczna. Już nie mam przyszłości. Męczą mnie ból i samotność. Na Facebooku śledzi mnie kilka tysięcy osób. Piszą: "Dawaj!", "Jesteś gladiatorem!".
    Jakim gladiatorem? Nie mogę wyjść z domu. Modlę się do Boga, ale wstyd mi prosić go o radość. Proszę o tydzień bez bólu.

    Zielona Al-Kaida

    Daniela i Damiána łączy więcej niż ojca i syna.
    Starszy Verzenassi, Daniel, emerytowany onkolog dziecięcy, działacz ekologiczny, od 20 lat trąbi o zagrożeniach związanych z pestycydami. - Kiedy 20 lat temu zaczynaliśmy, nazywali nas ekscentrykami i zieloną Al-Kaidą - wspomina.
    Młodszy Damián jest medykiem i magistrem zdrowia publicznego, wykłada na wydziale medycyny na uniwersytecie w Rosario. - Ekologia była osią naszych rodzinnych rozmów.
    Starszy D.V. całe życie pracował z pacjentami. Pamięta czasy, kiedy na jego oddziale onkologii dziecięcej w San Roque w Paraná cieszyli się ze sterylnej sali dla dzieci po chemioterapii na sześć łóżek. Niebawem musieli zaadaptować całe piętro.
    Młodszy D.V. poświęcił się pracy naukowej w Instytucie Nauk Społeczno-Środowiskowych, gdzie stara się naukowo dowieść tego, czego doświadczył ojciec - związku środowiska z chorobami.
    Ich córka i siostra urodziła upośledzone dziecko, syn i brat miał chłoniaka Hodgkina. - Tylko niech mnie nie wkurwiają, że angażujemy się ze względu na rodzinę - uprzedza starszy D.V. - My jesteśmy tylko kolejnym przykładem.
    W uniwersyteckim korytarzu stoją słoje z formaliną. Zdeformowane płody, strzępki zrakowaciałego jelita i płuc.
    Verzenassi młodszy zaprasza do gabinetu.
    - Soja niepostrzeżenie stała się częścią naszej diety. Wszystkie słodycze zawierają lecytynę sojową, która pochodzi z upraw GMO - zaczyna. - Wyobraźcie sobie, że nikt nie zbadał jej wpływu na człowieka przed wprowadzeniem do masowego obiegu. Nie wiemy więc, czy nie ma związku z np. wzrostem przypadków alergii pokarmowych, nadczynności tarczycy, problemów z płodnością. Trwa eksperyment na naszych ciałach na skalę światową.
    Damián od sześciu lat prowadzi badania o przyczynach śmierci w regionie - w miejscowościach do 10 tysięcy mieszkańców studenci chodzą od domu do domu i pytają o choroby. Chociaż San Salvador jest większe, dla zaniepokojonych mieszkańców zrobili wyjątek.
    - Zaobserwowaliśmy, że w ciągu ostatnich 20 lat zmienił się sposób umierania Argentyńczyków. Wzrosło m.in. występowanie białaczki, chłoniaka, raka płuc, narządów płciowych, pęcherza, prostaty, tarczycy. 20 procent Argentyńczyków umiera na raka w Buenos Aires, w prowincjach rolniczych aż 40 procent! Średnio na świecie dwoje na sto dzieci rodzi się z wadami rozwojowymi, w Entre Rios sześć-siedem.
    Czy to tylko z powodu pestycydów? Nie wiem. Ale czy ktoś może mi powiedzieć, że wzrost ich użycia o 983 procent nie ma z tym nic wspólnego?
    Choroby chroniczne trudno wykryć. Starszy D.V. tłumaczy to tak: nasz organizm jest jak szklanka, kolejne krople szkodliwych substancji nie powodują symptomów. A potem spada jedna za dużo i organizm nie daje rady.
    Śmiało można założyć, że wszyscy mamy w obiegu pestycydy - nie tylko w Argentynie. W maju tego roku glifosat objawił się w moczu europejskich parlamentarzystów w stężeniu wyższym od dopuszczalnego stężenia w wodzie o 17 razy. 48 polityków poddało się badaniu z inicjatywy Partii Zielonych.
    Do końca czerwca Komisja Europejska ma zdecydować, czy przedłuży pozwolenie na stosowanie glifosatu w Europie o kolejne 15 lat. Głosowanie, które miało się odbyć w maju, na razie przełożono z powodu sprzecznych badań - Międzynarodowa Agencja Badań nad Rakiem (IARC) należąca do WHO przekonuje, że glifosat prawdopodobnie jest rakotwórczy, a Europejski Urząd Bezpieczeństwa Żywności (EFSA) - że nie. IARC przebadał przypadki zachorowań na raka u ludzi i zwierząt laboratoryjnych, a także genotoksyczność substancji, która prowadzi do zmian w DNA. EFSA twierdzi, że przeanalizowała całą dostępną literaturą, a jej trzyletnie badania prowadziło około stu naukowców. Różnice tłumaczą różną metodologią badań.
    W tej chwili w UE dozwolona jest uprawa tylko kukurydzy GMO - MON 810, od Monsanto. W Europie głównie zjadamy glifosat. Argentyna wchłania go całą sobą.
    - Od lat wnioskujemy do Ministerstwa Zdrowia o zmianę protokołu badania krwi pod transfuzję, tak by analizowano zawartość pestycydów we krwi dawcy, tak jak AIDS czy żółtaczkę. Bez skutku. Pacjenci w stanie krytycznym, chorujący na raka w związku z zatruciem środowiska, na ozdrowienie dostają zatrutą krew. To skandal sanitarny! - oburza się starszy D.V.
    - Nikt nie notuje zależności między tym, kiedy zgłaszają się pacjenci, a opryskiwaniem - zauważa młodszy D.V. - Większość wydziałów medycyny funkcjonuje według XIX-wiecznej logiki przyczyny i skutku, kiedy odnalezienie mikroba pozwoliło znaleźć przyczynę cholery i stwierdzić, że to jednak nie kara boska. Tylko że w XXI wieku nie ma już prostych zależności - to synergia procesów powoduje chorobę. A kto ma władzę ekonomiczną, ten decyduje, na co będziemy chorować i umierać w tej części świata.

    Król

    Jedni nazywają go diabłem, inni sojowym królem. Nie lubi ani jednej, ani drugiej ksywki.
    - Nie żyję ani nie zachowuję się jak król - mówi Gustavo Grobocopatel, jeden z najważniejszych przedsiębiorców kontynentu, szef grupy Los Grobo, która rocznie zarabia 800 milionów dolarów. Zarządza 150 tysiącami hektarów w Argentynie, Urugwaju, Paragwaju i Brazylii. Ponad połowa z nich jest obsiana soją.
    Miliarder jeździ ośmioletnim samochodem, nie korzysta z usług szofera ani kucharki. Uważa, że współczesny model rolnictwa nie ma z monarchią nic wspólnego.
    - W przeszłości, by zostać producentem rolniczym, trzeba było być synem posiadacza ziemskiego. Dziś może nim zostać syn fryzjera - nie potrzebujesz ani ziemi, bo ją wynajmujesz, kapitału, bo go pożyczasz, ani pracy, bo jest technologia i pracownicy najemni - wylicza. - Ten model biznesowy sprawia, że dostęp do rolnictwa jest bardziej demokratyczny. Społeczeństwo nie dzieli się na małych i dużych, tylko na tych, którzy się adaptują albo nie. Ci, którzy nie łapią okazji, przegrywają.
    W debatach publicznych, spotkaniach ze studentami i dziennikarzami Gustavo ma odpowiedź na każdy zarzut.
    Uprawa zerowa wyjaławia ziemię - Gustavo mówi, że: - powstrzymuje erozję;
    - zanieczyszcza środowisko - gdybyśmy nie rozwinęli technologii, to ryzyko zanieczyszczenia byłoby niższe, ale więcej ludzi umarłoby z głodu;
    - zabiera pracę - owszem, zabiera ją traktorzyście, ale za to potrzeba więcej adwokatów i księgowych;
    - pestycydy powodują raka - nie ma dowodów na szkodliwość glifosatu. Inaczej państwo by go przecież zakazało.
    - A jaką mamy opcję - przestać produkować? Dajemy ludziom więcej jedzenia za co raz niższą cenę - mówi Grobocopatel z przekonaniem. - Teraz jest najlepszy moment w historii, by zostać przedsiębiorcą rolniczym.

    Treść doklejona: 30.06.16 15:23
    Pisarz

    Nie tylko Grobocopatel uwodzi słuchaczy argumentem o "wykarmianiu świata". To czołowe hasło wszystkich sojeros, ludzi powiązanych z biznesem sojowym, i Monsanto. Na razie to jednak mit. Nikt nie wie o tym lepiej niż Martin Caparrós, argentyński pisarz, z którym spotykamy się przy okazji polskiej promocji "Głodu".
    - W latach 70. nastąpiła cicha rewolucja, której nie odnotowała historia - po raz pierwszy wyprodukowaliśmy tyle jedzenia, by wyżywić cały świat. Wcześniej, bez nowoczesnych technologii, nie byliśmy tego w stanie zrobić. Dlatego moim zdaniem problemem nie jest zmiana paradygmatu produkcyjnego, problemem jest to, kto na tej zmianie skorzystał. Musimy wymyślić polityczne formy nacisku, które sprawią, że nowe technologie będą pracować na korzyść mas, nie jednostek.
    Każda epoka ma swojego potwora. Dziś jednym z nich jest Monsanto. Całkowicie kontrolują światowy rynek genetycznie modyfikowanych ziaren - coraz bardziej przypomina to władzę nad tym, kto je, kto nie, i za jaką cenę. Monsanto jest odpowiedzialna za głód milionów ludzi, którzy zostali bez ziemi lub bez ziaren.
    Jego przyjaciel po piórze, niedawno zmarły urugwajski pisarz Eduardo Galeano nazywał firmę Monsanto "międzynarodowym killerem", który zatruwa ziemię.
    Ludobójstwo

    Marta Maschio mieszka w Villa Elisa, 80 kilometrów od San Salvador. Jest nauczycielką angielskiego, w lokalnym radiu prowadzi program "Siejąc świadomość", gdzie opowiada o związkach między agrochemią a chorobami. Może nas przyjąć dopiero po 13.15.
    Kto puka wcześniej, ten wybija ją z rytmu i Marta gubi się w planie działania. - Kąpiel, jedzenie zrobione w ostatniej chwili przed wyjściem na terapię, bo jak powącha i stwierdzi, że sprzed kilku godzin, to mówi "bua". Jest dyktatorem.
    Zainteresowanie Marty pestycydami narodziło się 29 lat temu, wraz z czwartym synem. Diagnoza: agenezja ciała modzelowatego - wada, która skutkuje niedorozwojem umysłowym. Dani nie czyta, nie pisze, nie mówi.
    - Wie, że tylko my go rozumiemy. A mnie to rozwala duszę.
    Przez lata bywała u różnych lekarzy. Jeden doktor z Kordoby zalecił, by wystrzegali się soków sojowych (w Argentynie mleko sojowe z domieszką owoców jest bardzo popularne), więc wyeliminowała je z diety. Jednak dopiero pięć lat temu (dzięki akcji badania krwi zorganizowanej przez kilku naukowców z Uniwersytetu w La Placie) dowiedziała się, że Dani ma we krwi zakazany dziś środek owadobójczy DDT.
    - Ludzie w okolicy tak się bronią przed świadomością: dziadkowi nic nie było, ojcu nic nie było, mnie też nic nie będzie. Wiedzą, że ktoś tam umiera, ale nie łączą tego z pestycydami. A przecież ich użycie drastycznie wzrosło, a chemikalia mogą spowodować zmiany, których symptomy odczujemy po dziesięciu latach.
    Marta ma nadzieję, że kiedyś każdy, kto będzie miał dowód, że jego choroba jest spowodowana przez pestycydy, będzie przynajmniej dostawał odszkodowanie od państwa.
    - Teraz nikt nie bierze odpowiedzialności. Swoją drogą leczenie nas wszystkich, którzy chorują z winy prywatnych międzynarodowych korporacji, to niesamowity koszt dla budżetu państwa.
    - Tyle kasy, a nasz szpital nie ma USG ani nawet lekarza dyżurnego - zgadza się Andrea i zabiera od Marty kubek z mate. - Cała idzie do urzędów miasta, prowincji, rządu, eksporterów, właścicieli ziemskich, dzierżawców, sprzedawców pestycydów. Politycy finansują z nich kampanie polityczne, niech nie myślą, że nie wiemy.
    Marta podaje ciasteczka i mówi:
    - Skoro wiadomo, że pestycydy mogą powodować zaburzenie równowagi organizmu i problemy zdrowotne, to moim zdaniem uprawa roślin GMO to ludobójstwo. Po prostu. Zabija się ludzi dla pieniędzy. Dewizy wygrywają z życiem.

    Treść doklejona: 30.06.16 15:27
    Co truje w Argentynie? Zabije nas soja
    Maria Hawranek, Szymon Opryszek Argentyna
    30.06.2016 01:01
    --
    •  
      CommentAuthor_Fragile_
    • CommentTimeJun 30th 2016
     permalink
    Monsanto jest w Stanach nazywane Monsatanem... Agat - Monsanto produkuje m.in. chemię dla rolników (cholerny Roundup). Czytałam kiedyś sporo na ich (i nie tylko) temat i to wszystko jest przerażające...
    --
    •  
      CommentAuthorelfika
    • CommentTimeJun 30th 2016
     permalink
    Agatella: Mozesz elfika napisac w skrocie o co chodzi?

    Caris mnie wyprzedziła :wink:

    ja pamiętam jak leżałam z Bianką na endokrynologii na Litewskiej i lekarka mi powiedziała żeby za żadne skarby nie dawać Młodej soi ze względu na rozwalanie gospodarki hormonalnej przez zawarte w nich fitoestrogeny. ale że też nie pomyślałam o lecytynie sojowej... :confused:
    -- [/url]
    •  
      CommentAuthorAgatella
    • CommentTimeJun 30th 2016
     permalink
    Ja soje omijam jak ogien, ale trzeba czyac etykiety i szitu nie kupowac:confused:
    •  
      CommentAuthorEwasmerf
    • CommentTimeJun 30th 2016
     permalink
    nie wiem czy to ten watek - zrobilam sama mleko migdalowe. obralam migdaly, zmiksowalam, przesaczylam, no jak w przepisie - http://www.olgasmile.com/mleko-migdalowe.html
    oporcz dodania tego syropu z agawy. moze tu jest szkopul bo jest ...srednie. no nie wiem sama. nie pilam innego wiec nie mam porownania. moze musowo to doslodzic tym syropem z agawy?
    pilam dla odmiany napoj ryzowy z rossmana, no pycha. i pytanie - taka pycha bo jest dosladzany?
    -- ;
    • CommentAuthorjagodalg84
    • CommentTimeJun 30th 2016
     permalink
    Ewa a piłas zwykły czy vaniliowy?
    -- <a href="https://www.suwaczki.com/"><img src="https://www.suwaczki.com/tickers/f2w33e3kdwlz516v.png" alt="Suwaczek z babyboom.pl" border="0"/></a>
    • CommentAuthorskapula
    • CommentTimeJun 30th 2016
     permalink
    Ewa, imho dosładzają te napoje, choć producent deklaruje, że nie... Mi nigdy żadne "mleko" roślinne nie wyszło tak słodkie, jak te kupne..
    -- [/url][/url]
    •  
      CommentAuthorEwasmerf
    • CommentTimeJul 1st 2016
     permalink
    zwykly ryzowy i wg mnie slodki jak nie wiem
    a to co ja zrobilam w domu w ogole nie slodkie i ...mocno srednie. do wypicia, jasne, ale nie takie dobre jak te ryzowe;-P
    i wg mnie po porstu nie takie dobre bo ..nie slodkie

    Treść doklejona: 01.07.16 09:02
    napoj ryzowy rossmann
    no niby bez cukru
    ale slodkie to przeciez, z naturalnych cukrow by takie slodkie bylo?
    to czemu moj migdalowy wcale nie slodki wyszedl. musze kupic migdalowy napoj i porownac smaki
    -- ;
    • CommentAuthorskapula
    • CommentTimeJul 1st 2016
     permalink
    Ewa, ja robiłam wiele tych roślinnych: ryżowe, jaglane, owsiane, komosowe, migdałowe, kokosowe i żadne z nich nie było tak słodkie jak te kupne, ale najlepsze, najsmaczniejsze było zawsze migdałowe (najsłodsze), nawet go nie dosładzałam. Możesz dodać dla lepszego smaku orzechów nerkowca, będzie słodsze, choć zapewne nie tak jak te kupne.
    Obecnie robię tylko z komosy, dosładzam syropem daktylowym (dla dziecka), a sama kupuję gotowe napoje owsiane Natumi, imho lepsze niz te z Rossmanna i tez tańsze.
    -- [/url][/url]
    •  
      CommentAuthor_Fragile_
    • CommentTimeJul 1st 2016
     permalink
    Ja też Natumi kupuję - pyszne i mają fajne składy.
    .
    Dziewczyny, ale producent musi wymienić na opakowaniu wszystkie składniki, które są dodawane, także jeśli dodaje cukier to cukier musi być podany w składzie, nie ma innej opcji. Zatajać taka informację - nie opłacałoby się.
    --
    • CommentAuthorskapula
    • CommentTimeJul 1st 2016
     permalink
    Fragile, tak, to prawda, że producent ma obowiązek umieszczania składu produktu, ale ponoć nie ma obowiązku informowania o składnikach, które nie przekraczają jakiś tam minimalnych procentów.
    Nie wiem ile w tym prawdy.
    Tak, czy inaczej te napoje natumi są pyszne.
    -- [/url][/url]
    •  
      CommentAuthor_Fragile_
    • CommentTimeJul 1st 2016
     permalink
    Minimalnych - ile to jest? 1% produktu? Popatrzyłam dzisiaj z ciekawości na skład produktów w sklepie - cukier/syrop glukozowo-fruktozowy był w wielu z nich (teoretycznie niesłodkich) na 2-5 miejscu. Taka Alprosoja (napój sojowy) ma cukier na 3 miejscu. Także nie sądzę, żeby mleko, gdzie w składzie nie ma cukru było faktycznie dosładzane, a nawet jeśli cukier jest w śladowych ilościach to pytanie - po co, skoro konsument go nie wyczuje i cukier nie zmieni smaku w tak minimalnej ilości?

    Treść doklejona: 01.07.16 18:17
    A Natumi ma jeden z lepszych składów.
    --
    • CommentAuthorskapula
    • CommentTimeJul 1st 2016
     permalink
    Fragile, może ja jestem jakimś niedowiarkiem, ale no nie chce mi się wierzyć, że ta słodycz to tylko wyłącznie z ryżu, owsa....zresztą, nie chce jakoś specjalnie wnikać, bo lubię te napoje i kupuję na okrągło..Rossmanowskie mają podobny skład do Natumi. Tez jedyny dodatek to sól i olej słonecznikowy, i tutaj trzeba pamiętać, że ze względu na zawartość oleju słonecznikowego, nie powinno się ich poddawać wysokim temperaturom.
    -- [/url][/url]
    •  
      CommentAuthor_Fragile_
    • CommentTimeJul 1st 2016
     permalink
    A Ty wiesz, że o tym nie pomyślałam? A ja sobie na nich owsiankę robię...
    .
    Pamiętam, że kiedyś miałam w łapie jakiś produkt, gdzie składnik, który był w tytule jako "główny" był na ostatnim miejscu i wymienione jako mniej niż 3%, to są dopiero cuda ;)))
    --
    •  
      CommentAuthor_figa
    • CommentTimeJul 2nd 2016 zmieniony
     permalink
    To GMO jest przerażające:/ Uważajcie dziewczyny na mięso i produkty odzwierzęce, bo karmią zwierzęta paszą GMO.
    Tu artykuł greenpeace
    Pod nim są filmiki, które przystępnie pokazują problem.
    I dodatkowo jak rozpoznać warzywa i owoce wolne od GMO
    i jeszcze ten
    -- "Jeśli nóż otwiera ci się sam w kieszeni, to może lepiej go nie noś."
Chcesz dodać komentarz? Zarejestruj się lub zaloguj.
Nie chcesz rejestrować konta? Dyskutuj w kategoriach Pytanie / Odpowiedź i Dział dla początkujących.